Na rybach z tatą

Czy pamiętasz dzień, w którym uświadomiłeś sobie, że jesteś mężczyzną? Czy masz w pamięci ten moment, kiedy spojrzałeś w lustro i zamiast piegowatego chłopca zobaczyłeś wojownika? To niezwykła chwila…

Minionego lata wiele razy widziałem podobne sceny. Widziałem jak w młodych chłopcach budził się duch łowcy, wojownika i zdobywcy. Duch mężczyzny. Ale zacznijmy od początku. Historia ta, bierze swój początek nad małym, niepozornym jeziorkiem w Zachodniopomorskiem. Wędkarze zaglądają tam z rzadka bo i po co? W okolicy jest kilka większych jezior i wspaniałe pstrągowe rzeki. Jednak właśnie to małe jeziorko stało się magiczne dla mężczyzn i ich synów, z którymi spędzałem kilka ostatnich sezonów wakacyjnych. Przyjechaliśmy tam na wyprawę wędkarsko – kajakową zorganizowaną przez stowarzyszenie „Przystań”. Po co? Ponieważ w sercu mężczyzny jest coś dzikiego, co karze mu przeżyć przygodę, ów męski duch, o którym wspomniałem. Ojcowie chcieli nakarmić głód przygody i zacieśnić swoje relacje z synami. Chłopcy mieli się stać bardziej mężczyznami, a mężczyźni lepszymi ojcami. Ja miałem im w tym pomóc wprowadzając ich w arkana sztuki wędkarskiej. Wędkarstwo miało się odtąd stać dla wielu z nich pasją i spoiwem relacji ojca z synem.

Wielu z nich po raz pierwszy trzymało wędkę w ręce. Niektórzy obawiali się, czy ich synom spodoba się taka forma wypoczynku. Na szczęście zarówno starsi panowie, jak i ci młodsi szybko złapali wędkarskiego bakcyla. Po krótkim instruktarzu z podstaw wędkowania przystąpiliśmy do dzieła. Duma z pierwszych złowionych ryb była ogromna. Łowiliśmy na baty, które gwarantowały efektywność i prostotę łowienia. Brały głównie płotki, ukleje i wzdręgi. Stopniowo przestawały nas satysfakcjonować mniejsze rybki i staraliśmy się polować na coraz większe okazy, choć nie każdy chciał wstać wcześnie rano by złowić tłustego lina. Furorę robiła metoda żywcowa. Który facet nie marzy o spotkaniu oko w oko z sześciuset – zębnym bandytą, szczupakiem? Po złowieniu część ryb wypuszczaliśmy, a reszta była patroszona i przyrządzana przez młodych łowców. Chyba nigdy nie zapomnę pieczonego nad ogniskiem lina.

Oprócz łowienia sporo pływaliśmy kajakami. Dawało to możliwość penetrowania z wędką kolejnych pięknych jezior. Urozmaiceniem był pokaz technik survivalu i komponowanie posiłków z „dzikiego białka”. Zaskakująco dobra okazała się sałatka z babki, mięty, pokrzywy, szczawiu i kwiatów lipy. Pyszne były podpłomyki z ogniska i kompot z dzikich owoców.

Wspaniała przygoda dla ojca i syna, których połączyła wspólna pasja…